czwartek, 21 listopada 2013

Wróciłam

Jestem już. Wróciłam pełna obaw, tysiące pytań i niewiadomych. Jednak jest jedna rzecz, której jestem pewna- chcę być z Mężem, mieszkać z Nim i tworzyć rodzinę.

Liczę się z tym, że prawdopodobnie przeniosę się do Niego i będziemy mieszkać w Niemczech.
Może to mój błąd i niepotrzebnie boję się, cały czas prześladuje mnie strach, że mój mały Skarbek nie poradzi sobie w niemieckim żłobku. Obcy język, którego prawie nigdy nie słyszała, ludzie których nie zna.. Przeraża mnie to. Nie wiem, w jaki sposób oswoić ją z niemieckim, jakie bajki jej puszczać, czy mam mówić do niej prostymi zwrotami, żeby ją przyzwyczaić?

Strasznie chciałabym porozmawiać z kimś, kto był w takiej sytuacji lub podobnej. Jak dziecko znosi taką zmianę? Czy nie zniszczy to w pewien sposób jej psychiki? Wiem, że piszę strasznie dziwne rzeczy, ale kieruję mną strach matki, tak bardzo ją kocham i nie chcę żeby stała się jej krzywda.

czwartek, 14 listopada 2013

Więc tak..

Doleciałam i nawet się nie pogubiłam, o dziwo!:):) A tak na poważnie to mój niemiecki jest w lepszym stanie niż przypuszczałam :P.
Jeszcze sama nie wiem co myśleć o tym miejscu, gdzie jestem. W sumie chyba mi się podoba, ale znów to zrobiłam..:/
Dokuczyłam K. i to tak bardzo nie przyjemnie, a teraz mi wstyd. Miałam dziwny napad chandry... Może przez to, że czuję się tu obco, wszystko jest inne i jeszcze nie poznane przeze mnie. Aczkolwiek Niemcy spotykani na ulicy czy w sklepie wszyscy mili, uśmiechają się i zagadują o Julie. Zastanawiam się, jakby się tu żyło? Czy znalazłabym tu jakiś znajomych, czy dziewczyny w podobnym wieku...

Póki co jestem oderwana od swojej zwykłej codzienności i jakoś mi tak dziwnie, no..:/

Dlaczego nie potrafię okazywać uczuć i miłości, jaką mam w sobie do córki i K.?? Zawsze tylko złość i krzyk, źle mi z tym..:/:/

czwartek, 7 listopada 2013

Motywacyjnie.

Jestem uzależniona od Bloggera, ale nie od publikowania postów... Jak widać :P

Był weekend, był Mąż. Weekend się skończył i Męża też nie ma. Miał być posta, a był smutny nastrój, więc posta nie było.:P

Zaczynam pełną mobilizację swej skromnej osoby. I to nic, że listopad i deszcz i te inne zawitały. Trzeba coś ze sobą robić, żeby nie zwariować. Moja nauka niemieckiego nie pędzi jak Struś Pędziwiatr, ale posuwa się do przodu w swoim tempie. Mam tylko nadzieje, że mimo stresu i mojego słabego zasobu słów dam radę jakoś w tych kraju nad Menem.

Od paru dni moje myśli pochłonięte są walizkami, a raczej tym co powinno się w nich znaleźć. Jadę na tydzień i normalnie, gdybym jechała sama nie byłoby najmniejszego problemu. No ale nie jadę sama tylko z moją przeuroczą córeczką i mam dylemat, czego ona może tam właśnie potrzebować.

Niby Niemcy nie koniec świata, ani jakieś"zadupie" i sklepy istnieją, człowiek jednak jak jedzie w nieznane, to ma wrażenie, że tylko w Polsce może kupić to co akurat potrzebuje. Ale kontynuując moją myśl poprzednia damy radę:). Jeszcze tydzień i zobaczę to "cudo", gdzie mieszka mój Mąż. Życzcie mi powodzenia cobym się na tym ogromnym lotnisku nie zgubiła i Julii przy okazji :P