czwartek, 7 listopada 2013

Motywacyjnie.

Jestem uzależniona od Bloggera, ale nie od publikowania postów... Jak widać :P

Był weekend, był Mąż. Weekend się skończył i Męża też nie ma. Miał być posta, a był smutny nastrój, więc posta nie było.:P

Zaczynam pełną mobilizację swej skromnej osoby. I to nic, że listopad i deszcz i te inne zawitały. Trzeba coś ze sobą robić, żeby nie zwariować. Moja nauka niemieckiego nie pędzi jak Struś Pędziwiatr, ale posuwa się do przodu w swoim tempie. Mam tylko nadzieje, że mimo stresu i mojego słabego zasobu słów dam radę jakoś w tych kraju nad Menem.

Od paru dni moje myśli pochłonięte są walizkami, a raczej tym co powinno się w nich znaleźć. Jadę na tydzień i normalnie, gdybym jechała sama nie byłoby najmniejszego problemu. No ale nie jadę sama tylko z moją przeuroczą córeczką i mam dylemat, czego ona może tam właśnie potrzebować.

Niby Niemcy nie koniec świata, ani jakieś"zadupie" i sklepy istnieją, człowiek jednak jak jedzie w nieznane, to ma wrażenie, że tylko w Polsce może kupić to co akurat potrzebuje. Ale kontynuując moją myśl poprzednia damy radę:). Jeszcze tydzień i zobaczę to "cudo", gdzie mieszka mój Mąż. Życzcie mi powodzenia cobym się na tym ogromnym lotnisku nie zgubiła i Julii przy okazji :P