niedziela, 9 listopada 2014

Nie ma tego złego...

Sytuacja z dziś: wybraliśmy się z Julia do kościoła. Jesteśmy wierzący i mieszkając za granica również staramy się do kościoła chodzić. Jesteśmy już tuż przed wejściem i okazuje się,  że msza się właśnie skonczyla.
W pierwszej chwili poczułam złość,  bo nie ukrywam, że zależało mi na dzisiejszej mszy, chciałam isc do spowiedzi.  Z mężem stwierdzilismy, ze skoro mamy chwilę to pójdziemy z córeczką do pobliskiego parku, w którym jest plac zabaw.  Po zdenerwowaniu przyszedł czas na refleksje,  jesteśmy za granicą i jesteśmy tutaj sami. Przyszla mi na myśl sytuacja, gdy w Polsce zawsze każda informacje dotyczącą zwykłych spraw codziennych,  przekazywalysmy sobie z siostrami, każdą "głupotę", nawet godziny Mszy Sw. Zrobiło mi się smutno, przykro i popatrzylam na moja rodzinę,  jesteśmy tu razem i mamy tylko siebie. Zrozumiałam, że moj mąż to moje jedyne oparcie w tym, mimo wszystko nie moim kraju, jestesmy tu oboje dla Julii, ale moj mąż zaczyna myśleć o Polsce, o naszym powrocie tam, kiedyś, w przyszłości...
Ja zaczynam myśleć o tym, że mogłabym tu zostać, ale tylko wtedy,  gdybym miala tu moja najbliższą rodzinę.
Kocham mój kraj, nie mieszkam tam, nie wiem jak teraz tam jest. Za pare miesięcy minie  rok jak tu jestem,  ale z tego co pamiętam,  Polska jest piękna,  ale trudna w przetrwaniu.
Dziś,  w tym parku, patrzyłam na grupkę Polaków,  którzy również tam byli i zaczęłam sie zastanawiać, czy ja kiedyś tez będę miała tu prawdziwych i szczerych przyjaciół.  Brakuje mi takich bliskich dusz w realnym świecie.  Online jest parę blogów,  które śledzę i czytam na bieżąco,  są również dziewczyny,  które nagrywają filmiki na YT,  również mieszkające za granicą.  Jednak czasem to za mało,  przez wirtulny świat nie mozna poczuć przytulenia i zobaczyć spojrzenia,  które wyrażać będzie prawdziwą troskę,  a nie tylko interes ze znajomości.
Mam męża,  od którego chciałam odejść za nim tu przyjechałam,  a teraz jest moim najblizszym przyjacielem,  mimo wszystko.  Ta emigracja bardzo nas zbliżyła.
Nie ma tego złego...

3 komentarze:

  1. ja jestem w de 10 tygodni i nie wyobrażam sobie, że mogłabym wrócic do Polski. Mam po prostu porównanie, bo najpierw 3 lata spędziłam z Mężem w Holandii, potem 4 lata mieszkaliśmy w Polsce, a teraz jesteśmy tu. Wróciłabym tylko wtedy, gdy moje dzieci miałyby tam taką przysżłośc jak tu. Nie chcę żeby tak jak ja musiały wyjeżdżac za granicę, mieszkac po hotelach robotniczych, pracowac przy pracach, których nikt nie chce wykonywac tylko po to, żeby zarobic sobie na mieszkanie w Polsce. Myśleliśmy z Mężem, ze jka będziemy w pl na swoim to będzie nam się dobrze żyło. Niestety, rzeczywistośc jest inna. W końcu i tak byliśmy zmuszeni wziąc kredyt na większe mieszkanie. Mąż dobrze zarabiał, ale na pewno nie mogliśmy sobie pozowlic na to na co możemy teraz. A nasze dzieci mają tu jakąś przyszłośc i to właśnie z myślą o nich się tu przenieśliśmy. Spróbuj poszukac znajomych wśród Niemców. Wyjdź do ludzi, otwórz się na nowe znajomości. Na pewno znajdziesz tu bratnie dusze. A jeśli chcesz pogadac to jestem i chętnie wysłucham, pocieszę, wspomogę dobrym słowem :) Aga z Lejdis :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jestem w Anglii dwa miesiace i tak jak Ty czuje sie samotna, z ta tylko mała różnicą, że w pl tez sie tak czulam, o dziwo tu czuje sie bardziej "swoja" niz w rodzonnym kraju, a anglicy traktuja mnie lepiej jak rodacy, wiec podpisuje sie pod poprzedniczka-znajdź przyjaciół wśród niemców :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem prawie 5 miesięcy w USA i na dzień dzisiejszy wołami by mnie stąd nie wytargał. Oczywiście żałuję że nie mogę sobie wskoczyć w smochodzik/samolocik ot tak, bo sobie umyślałam i pojechać do rodziców na obiadek no ale... coś kosztem czegoś a poza tym to ja jestem tu szczęśliwa.

    OdpowiedzUsuń