środa, 25 listopada 2015

Moja ulubiona pora dnia to... Kawa z córką.

W związku z wyzwaniem blogowym u Magdy, w którym postanowiłam wziąć mały udział, dziś napiszę o momencie dnia, który bardzo lubię.

Wraz z upływającym czasem te momenty, także ulegały zmianie, jak wszystko inne. Od kiedy Julia chodzi do przedszkola, moim i jej ulubionym rytuałem jest czas, kiedy wracamy ja z pracy,  a Julia z przedszkola, do domu. Parzę kawę dla siebie, a dla córeczki robię "jej kawę", czyli najczęściej herbatkę. Siadamy na sofie, czasem oglądamy bajkę w tv, a czasem czytamy książeczki. 
Wtulenie się w to maleńkie ciałko, buziaki na policzku i mówienie szeptem: " Kocham Cię mamusiu", to jest coś na co czekam codziennie.

Z przykrością zauważam, że im Julia jest starsza tym ten rytuał zostaje przez nas zaniedbany. Dlaczego? Nie wiem, ale właśnie chyba chodzi tutaj o to, że zapomniałam już jak to jest być SLOW, żyć w rytmie swoim i dziecka, nie pędząc cały czas, bo jeszcze pranie, bo obiad nie zrobiony.

Dzięki temu wyzwaniu u Madzi, za które bardzo jej dziękuję, ocknęłam się. Zdałam sobie sprawę, że to pranie jest mniej ważne od mojego dziecka. Wpadłam w pęd, wir pracy, pieniędzy i bycia nieszczęśliwą, bo robię to czego nie lubię. 

Jest mi tylko raz dane przeżyć dzieciństwo mojej Julii i nie zamierzam już więcej go marnować.

Zdjęcie pochodzi stąd ;-)

czwartek, 29 października 2015

Dobre wino i "Szczęście na dzień dobry" J. C. Callan

Myślę, że książka, o której chcę napisać idealnie nadaję się na jesienne, chłodne i pochmurne popołudnia. Pomoże nie wpaść w typową jesienną "deprechę".

I mam tu na myśli książkę Jamie Cat Callan o tytule "Szczęście na dzień dobry".Na samym początku przyciągnął mnie widok jej okładki, cukierkowy, słodki róż. Opis z tyłu książki również zapowiadał się ciekawie, więc pomyślałam: "Czemu nie?". Z zasady nie czytam tego typu poradników, czy też książek z receptą na lepsze życie. 

Autorka inspirując się Francuzkami i ich podejściem do życia, nie podaje nam tejże recepty na szczęście, ale w bardzo lekki i zabawny sposób przedstawia, o co tak naprawdę chodzi z tym osławionym poczuciem bycia szczęśliwym. 

J. C. Callan zwraca uwagę na bardzo prozaiczne, codzienne czynności, coś co mamy w zasięgu ręki, ale jest tak zwykłe, że po prostu nie zwracamy na to uwagi. Jest nią na przykład jedzenie, a dokładnie wspólne spożywanie posiłków:


"... siadają do stołu razem z rodziną. A tak, i rozmawiają. Naprawdę. Jedna rozmowa wiedzie do następnej, a ta do kolejnej i zanim się człowiek zorientuje, zdąży zbudować prawdziwą więź z rodziną i przyjaciółmi."

Każdy z nas wie, jak ważna jest dobra relacja z rodziną, daje nam poczucie bezpieczeństwa i w efekcie końcowym szczęścia.

Autorka powołuje się w książce na podejście do życia Francuzek i porównuje je do Amerykanek. Zauważa dość trafnie, że współczesne kobiety ciągle gdzieś się spieszą:

"... powiedziała, że ważne jest, by człowiek przestał się spieszyć."

"Chodzi o to, by być obecnym tu i teraz. By być świadomym zwyczajnych chwil. Chodzi o przyjaźń i o to, by zdać sobie sprawę, że nic nie trwa wiecznie."

Zgadzam się  z nią również co do tego, że kobieta, aby była szczęśliwa powinna czuć się atrakcyjna sama dla siebie. W moim przekonaniu cała gra u kobiet toczy się o to by znać swoją wartość i by była ona na tyle mocno ugruntowana, że nie zachwieje jej nikt ani nic. 

W książce znajdują się również rozdziały, które przejrzałam dość"po łepkach", gdyż temat braku akceptacji własnego ciała mnie bezpośrednio nie dotyczy, jednak wiem, że jest grono kobiet, które bezpodstawnie, bądź troszkę przesadnie nie akceptują swojego ciała, figury, czy wyglądu. U mnie problem tkwi w poczuciu braku własnej wartości. 

Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Polecam z lampką dobrego wina :-)

A może Wy macie, znacie lub polecacie książki, które odkrywają tajemnicę uwierzenia w siebie i receptę na budowę swojego "JA"?




piątek, 23 października 2015

Kraina wyobraźni.

Po całym tygodniu wczesnego wstawania do pracy i przedszkola, obowiązków i zadań do wykonania przychodzi czas weekendu.. 
Dla mnie to czas relaksu, w którym staram się wypocząć i nabrać energii na kolejne dni pełne wyzwań dla mnie i mojej małej córeczki, które co rusz napotykają nas na niemieckiej ziemi :-).

Sobotnie, słoneczne popołudnie wykorzystujemy na wspólne wycieczki rowerowe, które uwielbiam i chociaż nigdy się o to nie podejrzewałam, lubię ten rodzaj aktywności. Dodatkową radość sprawia mi zadowolenie Julii z wycieczek. 

Wieczór zarezerwowany dla mnie i Męża, czasem oglądniemy śmieszną komedię romantyczną lub sensację, za którą bardziej przepada Ślubny. 

Ale jak Wam pewnie wiadomo dla mnie najlepszym sposobem na odpoczynek i relaks jest książka. Przenosząc się w krainę wyobraźni wyłączam wszelkie troski i kłopoty, które męczą mnie od czasu do czasu. Sama wybieram rodzaj literatury, na taką, jaka w danym momencie jest mi najbardziej potrzebna. 

Ciepła herbata, zapalona świeczka i książka- dla mnie to niezawodny sposób na odpoczynek. 


A jak jest u Was? W jaki sposób odpoczywacie? 

wtorek, 20 października 2015

Ona

Tych kilka tygodni od mojego ostatniego wpisu,dużo zmieniło w moim życiu.. Wydarzyły się sytuacje, które bardzo źle wpłynęły na mnie psychicznie, ale postanawiam nie poddawać się i iść dalej, do przodu.

Na kalendarzowej kartce mija połowa października i jesienne miesiące przepełnione są u mnie ciepłem  światła świec i smakiem ciepłej herbaty..

Wieczory spędzam pod ciepłym kocem wraz z książką, raz bardziej ciekawą a raz mniej... W głowie układają się zdania na posty, które chciałabym tu zamieścić, właśnie o tych książkach.. 

Książka to chyba mój największy przyjaciel, ale szukam takiego odzwierciedlenia również w ludziach. Narazie  z marnym skutkiem, ale mimo wszystko, szukam dalej. 

Bo przyjaciel jest potrzebny dla duszy i moja też takiego dobrego ducha potrzebuje. 

Za parę tygodni urlop świąteczny w Polsce i wypiję pyszną Latte z najlepszą i najwspanialszą przyjaciółką...

Życie za granicą uświadamia nam jak bardzo może nam brakować bliskiej osoby w dniu codziennym. Tu już nie ma możliwości wpaść na niezapowiedzianą kawę i pogaduchy, wypłakać się w ramię kogoś bliskiego, kto nie ocenia tylko stara się zrozumieć. 

Cieszę się, że jest... Mimo, że daleko bo 1200km stąd, ale jest... W moim magicznym Rzeszowie...


wtorek, 22 września 2015

Coś o mnie... Liebster Blog Award

Po raz kolejny już odkurzam zacne progi mojego bloga... Wybierając się na urlop miesięczny do Polski w planach miałam mnóstwo postów, które właśnie na ojczystej ziemi napiszę. Jednak los potrafi czasem ze mnie zadrwić i nie znalazłam czasu, żeby na spokojnie usiąść przed laptopem. Nie ukrywam również, że wypożyczone książki w bibliotece skutecznie mnie od tego laptopa odciągały. 

Zostałam nominowana do Liebster Blog Award przez Ewę z bloga jedzzapetytem.pl, tak więc jestem :).


1.Twoja ulubiona kuchnia świata to....

Uwielbiam kuchnie włoską, zresztą to ją najczęściej gotuję:).

2. Ile razy w tygodniu jadasz gotowe, kupne dania?

Nie zdarza mi się jadać "na mieście",  staram się gotować w domu, Jednak od czasu do czasu zamawiamy pizzę do domu :-)

3.Sprzęt kuchenny bez, którego nie wyobrażasz sobie życia?

Mój mikser- uwielbiam go i potrzebuję do Tiramisu mmm....

4. Ulubiona restauracja to...

Niestety jeszcze nie mam tej ulubionej.

5. Gotowanie czy pieczenie? Wybór należy do Ciebie

Gotowanie. :-P

6. Zjadłabyś gulasz z łosia?

Pewnie tak, o ile by mi smakował :-P

7. Czym jest dla Ciebie jedzenie z apetytem?

Radością z posiłku.

8. Co zjadłabyś, gdybyś wiedziała, że zaraz nastąpi koniec świata?

Nie mam takiej potrawy..

9. Czego nie lubiłeś jeść w dzieciństwie?

Flaczków - i nie lubię ich do dziś!

10. Fast food czy slow food?

Zdecydowanie slow...

11. .... nigdy w życiu bym nie przełknęła.

Żołądków, ozorków i tym podobnych... bleee... Na samą myśl mi niedobrze.


A teraz czas na moje pytania, które pewnie w większości będą związane z naszymi małymi przyjemnościami. :-) Do zabawy chciałabym nominować następujące blogi:

Kasię z bloga Ile d'Amour,
Asię  z bloga Babskie Czytanie,
Iwonę z bloga Klavell.
Kariokę z bloga Świat oczami Karioki
Jolę z bloga Make Life Tasty
Madzię z bloga Zatrzymane myśli

Pytania:

1. Czytasz rano czy wieczorem?
2. Kawa czy herbata?
3. Coś na poprawę humoru to...
4. Bieganie czy joga?
5. Urlop aktywnie czy plackiem na plaży?
6. Twoje ulubione kolory tęczy?
7. Szalony optymista czy chłodny realista?
8. Dom czy mieszkanie?
9. Twój ulubiony przedmiot to..
10. Kosmetyki naturalne czy niekoniecznie?
11. Thiller czy romans?


środa, 2 września 2015

Witaj wrzesień !

Rozpoczął się mój ulubiony miesiąc... Dla mnie to właśnie wrzesień jest takim "nowym początkiem", jest to zapewne związane z rozpoczynaniem właśnie w tym miesiącu roku szkolnego. 

Pewnie dla wielu może wydawać się to dziwne, ale ja bardzo lubiłam szkołę, także bardzo lubię wrzesień. 

A w moim "dorosłym" życiu to początek pięknej kolorowej jesieni, a w tym roku to także wytchnienie od upalnego lata, jak również miesiąc urlopowy, który spędzę w Polsce. 

To we wrześniu urodziła się moja córeczka i zawojowała moje życie :). 

Wiadomo nie od dziś, że kocham czytać więc i w tym miesiącu nie mogło zabraknąć planu czytelniczego:


Jednak to nie wszystko co planuję przeczytać tej jesieni... Będąc w Polsce wykorzystam możliwość korzystania z biblioteki  :). Na samą myśl buzia mi się śmieje.

A jak jest u Was? Odwiedzacie biblioteki czy kupujecie książki? Lubicie wrzesień i rozpoczynającą się w nim porę jesieni, jaką jest jesień?

środa, 12 sierpnia 2015

Półmetek realizacji celów wakacyjnych.






Nigdy wcześniej nie robiłam podsumowań, jednak teraz chcę zacząć bardziej kontrolować siebie, a co za tym idzie trzeba podsumować to i owo z moich wakacyjnych planów. 

Jesteśmy już na półmetku, a może w zasadzie nawet już dalej, wakacyjnych miesięcy i wiadomo jest jeszcze czas na realizację niespełnionych zadań i celów, tym bardziej, że mój urlop zaczyna się dopiero we wrześniu, to ciepłe, a wręcz upalne miesiące lata trwają w najlepsze.

 Jednym z pierwszych postanowień, było dokończenie zaczętych książek, które gdzieś tam kiedyś czytałam, ale jakoś pozostawiłam je bez skończenia. W sumie teraz się trochę zastanawiam nad tą "drugą szansą", dlatego, że skoro wtedy mnie nie zainteresowały tak bardzo, to po co marnować na nie czas? Jeszcze nie wiem co z tym zrobię, muszę pomyśleć, czy warto :-).

Za to kolejne z moich planów realizuję w najlepsze, mimo natłoku zajęć spędzamy z córką jak najwięcej czasu, spacerujemy, jeździmy na rowerach i to właśnie wycieczki rowerowe są dla nas teraz największą rozrywką. Mieszkamy w Niemczech, każdy kto tu był wie, że Niemcy mają bardzo dobrze rozbudowany system ścieżek i dróg rowerowych. Praktycznie wszędzie są wyznaczone szlaki i ścieżki rowerowe. 

Moje bieganie, które zawsze troszkę "kulało" w przeciągu ostatniego tygodnia również utkwiło w martwym punkcie, ale była to krótkotrwała przerwa związana z przeorganizowaniem mojej codzienności związanej z feriami Julii w żłobku. 

Cały czas jeszcze przymierzam się do zrobienia naszej domowej galerii ze zdjęciami, a co za tym idzie wydrukowaniem tychże zdjęć, ale teraz zbliża się wolny weekend, także może z mężem w końcu wybierzemy nasze zdjęcia i w przyszłym tygodniu już je będę mieć. 

Ostatni punkt z mojej listy jest o tyle prostszy w realizacji, bo jak już wyżej wspomniałam mieszkam w Niemczech, więc mimowolnie uczę się nowych słówek, jednak nadal nie jestem do końca usatysfakcjonowana. 

Podsumowując realizacja moich planów nie ma się tak źle. Zaczęłam zostawiać telefon w domu wychodząc na spacery, doceniam piękno, które mnie otacza, zaczęłam z większą dbałością zwracać uwagę na to co jem, jak jem. Można powiedzieć, że zaczynam sama siebie doceniać, a jest to istotne w mojej walce o wiarę w samą siebie. Jednak nadal mam bardzo wysoko postawioną poprzeczkę w mojej głowie i chyba to już nigdy się nie zmieni. 

A jak u Was z realizacją wakacyjnych postanowień? Macie jakieś wyznaczone cele na te upalne miesiące, czy właśnie na wakacjach robicie sobie przerwę od wszelkich list zadań?

piątek, 7 sierpnia 2015

Kupować, kupować, a może... nie?





W piątek wysłuchałam audycji Polskiego Radia Jedynka "Bez znieczulenia" na temat minimalizmu i zakupach. Głównym czynnikiem, który skłonił mnie do wysłuchania, był udział w niej jednej z blogerek, które podczytuję. Sama rozmowa i reportaż był bardzo ciekawy i poruszał temat, który jest mi poniekąd bliski, chcę zminimalizować zbiór rzeczy niepotrzebnych, a co za tym idzie zminimalizować wydatki.

Podczas godzinnego reportażu nasunęło mi się kilka myśli, a może odpowiednim określeniem będzie, pytania, które powinnam sama sobie zadać, żeby rozwiązać problem, który zaprząta moją głowę.

Żyjemy w czasach, w których idąc do sklepu możemy kupić dosłownie wszystko, szkoły wyższe wypuszczają na rynek pracy ogromne liczby fachowców, którzy mają za zadanie uzmysłowić nam to, jakie mamy potrzeby. Marketing chyba jeszcze nigdy nie działał tak prężnie, jak ma to miejsce właśnie teraz.

Muszę przyznać się przed sobą i przed Wami, że zakupy były dla mnie zawsze trudnym tematem, bo wchodząc do sklepu potrafię w sekundzie zapomnieć po co przyszłam i kupić mnóstwo niepotrzebnych  mi rzeczy, co skutkuje irytacją, złością i szybko znikającą gotówką z mojego konta .

Dlatego też moja refleksja i chęć zmiany, która uważam, prowadzi przez pracę nad sobą. Na początku chciałam sama zastanowić się nad tymi kilkoma pytaniami:

Kupowanie - chcę czy muszę to mieć?


I tu problem jest chyba największy, bo gdy bardzo się postaramy potrafimy sami sobie wmówić, że tak bardzo potrzebuję trzeciego balsamu do ciała, a do tego jego niska cena wcale nas nie zniechęca do zakupu. Ale co z tego skoro wszystkie trzy nie spełniają swojej roli, znikome ślady nawilżenia, długa wchłanialność i szybko ulatujący zapach. W efekcie pewnie pójdę po czwarty i to jakiś droższy, więc  z oszczędności nici i pojawia się problem co zrobić  z pozostałą trójką.

Wdrażam ostatnio pewną metodę zasłyszaną gdzieś na YT, w której zapisuje na liście "Chcę to mieć" produkty, nad których zakupem zastanawiam się i później weryfikuję tą listę.
Jasne jest, że istnieje również lista produktów, które są nam niezbędne, jak np. jedzenie, picie czy podstawowe środku czystości. Myślę, że ważne jest jednak, aby zachować umiar w kupowaniu również tych podstawowych rzeczy, bo np. po co nam dziesięć kubeczków jogurtu, skoro ich nie zjemy, przeterminują się i je wyrzucimy.

Czy dzięki temu, że kupie sobie coś poczuję się lepiej?

Od kiedy pamiętam słyszę :"Idę na zakupy, bo mam doła". Czy tak jest naprawdę? Nowa zakupiona rzecz, która w gruncie rzeczy nie jest mi zbytnio potrzebna, da mi lepsze samopoczucie? 
W moim przypadku zazwyczaj jest tak, że tego typu zakupy kończą się irytacją i złością na samą siebie po powrocie ze sklepu. Najzabawniejsze jest to, że kupuję bez zastanowienia, a później okazuje się, że jest za duże/małe albo w ogóle mi się nie podoba i nie będę tego nosić czy używać. 
Od paru miesięcy szukam innego polepszacza humoru i powiem Wam, że idzie mi coraz lepiej. Czasem jest to zabawny filmik na YT, a czasem kilka stron książki, którą czytam.

Relaks w centrum handlowym?

Do dziś pamiętam, że gdy mieszkaliśmy z mężem w Polsce, często spędzaliśmy niedziele w galeriach handlowych. Poniekąd tylko wtedy mieliśmy tak naprawdę na to czas. Jednak teraz, gdy mieszkam w Niemczech i tu z zasady w niedziele wszystkie sklepy oprócz piekarni w niedziele są zamknięte, wiem, że czas zawsze znajdzie się na tygodniu. 
I tak czas spędzony w łażeniu od sklepu do sklepu powodował kłótnie o zmarnowany dzień wolny, który przecież można spędzić inaczej, na spacerze z rodziną, czy wylegiwaniu się nad brzegiem jeziora. 
Kiedyś naprawdę myślałam, że to może być forma odpoczynku, ale w miarę zmiany mojego podejścia do spraw materialny, większej świadomości dotyczącej minimalizmu materialnego moje zdanie uległo znacznej zmianie. 
Teraz zdecydowanie bardziej odpowiada mi spędzanie czasu z rodziną, książką, czy nawet samą sobą :-).

Sklepy-jaskinie zła?

Może to głupie, ale czasami napada mnie uczucie strachu przed zakupami. W maju postanowiłam w pełni kontrolować wydatki i robić zakupy "z głową". Co za tym idzie robię cotygodniową listę obiadów, a później listę zakupów. 
Powiem Wam szczerze, że już nie umiem inaczej. Dwa tygodnie temu nie zrobiłam moich cudownych list, w moich zakupach zapanował chaos. Chodziłam na zakupy prawie codziennie, kupowałam coś co do dziś leży mi  w lodówce i właśnie wtedy poczułam, że boję się sklepów!! Wchodząc do marketu,w  moim przypadku jest to najczęściej Lidl, wpadam w panikę, nie pamiętam bo co przyszłam, momentalni mój mózg przestaje pracować. Te wszystkie reklamy i rozmieszczenie produktów w sklepie jest tak przemyślane, żebyśmy tylko jak najwięcej wrzucili do koszyka. 
W tworzeniu listy zakupów doszłam do tego, że już w domu piszę sobie to czego potrzebuje w kolejności według ustawienia półek w sklepie. Dzięki temu minimalizuje zakupy niepotrzebnych słodyczy, pierdółek do domu, czy milionowej zabawki dla Julii.


A jak u Was wygląda sprawa z zakupami? Jak spędzacie niedzielne popołudnia? Jestem ciekawa, czy też robicie listy zakupów? 

środa, 29 lipca 2015

Przyjaźń na całe życie, czyli "Dom służących" K. Grissom







"Dom służących" to debiut pisarki Kathleen Grissom, który uważam za bardzo udany.

Autorka przenosi nas do XVIII-wiecznej Wirginii w Stanach Zjednoczonych, gdzie zostajemy świadkami tragicznych wydarzeń na jednej z plantacji tytoniu.

Książka opowiada historię białej dziewczynki Lavinii i czarnoskórej rodziny niewolników, pracujących u bogatego kapitana i właściciela plantacji. 

Opowieść przedstawiana jest z perspektywy dziewczynki, z którą razem dorastamy oraz jej czarnoskórej opiekunki - Belle. 

Historia wciąga od samego początku. Poznajemy problemy, z którymi borykali się na co dzień niewolnicy w Stanach Zjednoczonych, jak również ich zwykłe życie. 

To pierwsza książka, którą przeczytałam, a która porusza problem niewolnictwa. Nieszczególnie interesowałam się tym zjawiskiem, jednak teraz to się zmieni. Mam już na oku kilka nowych książek w tym temacie.

Cała opowieść wciąga i nie pozwala tak po prostu odłożyć książki. To historia o życiu, miłości, władzy i przyjaźni, na którą kolor skóry nie ma wpływu. 

środa, 22 lipca 2015

Plany na wakacje.

Ten post miał powstać dobre dwa tygodnie temu, ale mój czas tak szybko ucieka. Dopiero jest niedziela, a już zbliża się piątek. 

No cóż, lepiej późno niż wcale :-). 

Lista, którą napisałam została zainspirowana postem Joli z Make Life Tasty i jej też jest dedykowany :-).

Tak więc oto mój plan na resztę pozostałych tygodni wakacji, jak również września, bo wtedy oficjalnie zaczynam urlop. 

1. Dokończyć czytać wszystkie zaczęte książki.

Co prawda zbyt wiele ich nie ma, jednak jakieś cztery się znajdą, a  poza tym mam masę książek, które czekają na swoją kolej z dobre pół roku.

2. Spacerować z córką wieczorami nad rzeką.

Mieszkam w małej niemieckiej miejscowości, która położoną jest nad rzeką Men. Otaczają mnie piękne i malownicze krajobrazy północnej Bawarii, może nie jest ona tak zjawiskowa, jak Bawaria Południowa, mimo to jest piękna. W szale codzienności zdarza mi się zapomnieć o spędzaniu czasu z córeczką na łonie natury, co w gruncie rzeczy bardzo cenię.

3. Robić codziennie zdjęcia.

Poniekąd już realizuję ten punkt, próbuję wydobyć możliwości aparatu, jaki znajduje się w moim nowym telefonie. Nie jest to profesjonalny aparat, gdyż takiego nie posiadam, jednak zawsze uda się zrobić nim ładne zdjęcia.

4. Spędzać czas z dzieckiem aktywnie. 

Staram się w miarę możliwości chodzić z Julią na place zabaw, czy basen, zwłaszcza teraz, gdy termometry przekraczają magiczne 30 stopni. Mam jednak wrażenie, że moje dziecko potrzebuje więcej ruchu. Może macie jakieś pomysły aktywnego spędzania czasu z dzieckiem?

5. Zacząć biegać.

Już zaczęłam i jestem z siebie dumna :-). Narazie 4 km za mną. 

6. Włączyć opcję OFFLINE w telefonie.

Tu chyba nie trzeba nic więcej dodawać.

7. Celebrować jedzenie posiłków.

Mam tutaj na myśli ładnie zastawiony stół, kolorowe nakrycia i jedzenie posiłków razem, wspólnie z rodzinką.  Nie zawsze jest to możliwe, gdyż mój mąż pracuje do późna, ale w weekendy jak najbardziej. 

8. Rozmawiać z mężem o planach, marzeniach na przyszłość.

Takie rozmowy są nam potrzebne, wprowadzają do życia motywację i zwiększają chęć do działania. W codziennym biegu zapominamy o sobie o tym, żeby czasem pomarzyć wspólnie lub opowiedzieć sobie nawzajem o swoich prywatnych marzeniach.

9. Wyrzucić niepotrzebne ubrania.

Tak, nadmiar ubrań, które zalegają w szafach to mój problem, chociaż staram się sukcesywnie robić porządki tych ubrań nadal jest mnóstwo. Mam pełną szafę rzeczy i odwieczny problem każdej kobiety "Nie mam się w co ubrać".

10. Wydrukować nasze zdjęcia.

Jednym z moich ulubionych zajęć z dzieciństwa było oglądanie albumów ze zdjęciami. Teraz niestety zapominam o wywołaniu zdjęć, których lista cały czas rośnie. Trzeba to jakoś uporządkować i mam zamiar w najbliższym czasie tym się zająć.

11. Stworzyć w mieszkaniu własną galerię. 

Ten punkt jest ściśle związany z powyższym. Zawsze podobały mi się zdjęcia zawieszone na ścianie, które tworzyły niepowtarzalny klimat bliskości rodziny w mieszkaniu. Szukam inspiracji, ramki już są, tylko tych wywołanych zdjęć brak.

12 .Uczyć się codziennie 10 słówek z j. niemieckiego.

Ten punkt również zaczęłam realizować i nie macie pojęcia, jak poprawia mi to humor. Fakt, że powtarzam słówka, które poznałam na kursie językowym,  a i używam ich w codziennym życiu, sprawia, że czuję, że się rozwijam. Nie stoję w miejscu! 



środa, 15 lipca 2015

Prawdziwa miłość poczeka, czyli "Jeden dzień" D. Nicholls'a.







Miłość to temat większości książek, jakie ukazują się na rynku czytelniczym. Jest tak pewnie dlatego, że jest to nadrzędne uczucie w naszym życiu. Każdy dąży do spełnionej i pięknej miłości. 


Miłość jest również bohaterką książki "Jeden dzień" D. Nicholls'a, jednak w tej powieści jest ona silnie połączona z przyjaźnią. Bo czyż nie jest tak, że w ukochanej osobie szukamy przyjaciela? 

Głównych bohaterów poznajemy w ostatnim dniu studiów. Snują plany na przyszłość, ale nie  są związane ze sobą. Każde z nich chce i wybiera inną drogę. 

Mimo iż Emma i Dexter nie są razem, a ich drogi życiowe toczą się w całkowicie innych kierunkach, utrzymują ze sobą kontakt, przyjaźnią się, ukrywając przed sobą nawzajem uczucie, które tak naprawdę żywią do siebie. 

Książka opowiada historię tej dwójki, która toczy się przez dwadzieścia lat. Każdy rozdział to opis rocznicowego dnia zakończenia studiów. W ich życiu przewijają się różne miłostki, które uświadamiają im, że to jednak nie to. Niby już wydaję się, że odnaleźli swoją drugą połowę na resztę życia, ale zawsze coś jest nie tak.

Czy ta dwójka w końcu będzie razem? Nie zdradzę tego, gdyż ta ciekawość jest bardzo potrzebna przy czytaniu książki. 

Ta pozycja wciąga, czyta się ją szybko nie tracąc przy tym ważnych informacji. Czasem denerwowała mnie lekkoduszna postawa Dextera, czy zakompleksiona Emma, jednak wszystko to dodaje uroku tej książce. 

Polecam gorąco na te letnie dni lub wieczory :)

środa, 8 lipca 2015

AFRODYTĄ BYĆ

W ciągu ostatnich minionych dni ciągle rosnące temperatury zmusiły mnie i moją córkę do wyjścia na basen. Bardzo lubimy w ten sposób spędzać czas, tym bardziej, gdy z nieba leje się ponad 36 st. żar.


Któregoś razu na basen pojechaliśmy ze znajomymi, siedząc na kocykach damska część towarzystwa prowadziła konwersację na temat pań obecnych na basenie. Nie było to jakieś nieuprzejme komentowanie, takie luźne opisanie tego jak widzimy zachowanie kobiet.



Ja mieszkam aktualnie w Niemczech i od dłuższego czasu, żeby nie powiedzieć od początku mojego pobytu tutaj obserwuję to społeczeństwo, które mimo, że blisko Polski mieszkające, w niektórych aspektach diametralnie różni się od naszego.



Tutejsze kobiety wyglądają różnie, tak samo jak różnie się ubierają. To naturalne i całkiem normalne. Jednak na basenie można zaobserwować poniekąd podejście kobiet do swojego ciała. 



Odniosłam wrażenie, że one nie wstydzą się tego jak wyglądają, w zupełności! Ja jako zawsze głęboko zakompleksiona, za szczupła (to też czasem bywa problemem), ze zbyt małym biustem wstydziłam się tego jak wyglądam. Moje kompleksy mają swój początek już w dzieciństwie, ale to temat na osobny post. 



Patrząc na moją i znajomej figurę, mogę z czystym sercem powiedzieć, że wyglądałyśmy lepiej od niektórych innych pań, z jedną małą różnicą, otóż: one miały gdzieś to jak wyglądają, czują się ze sobą dobrze i to po prostu widać. A my w ciągłym stresie, no bo mam tu fałdkę, albo tu mi kości widać, z perspektywy czasu myślę o nas " Dziewczyny jesteście śmieszne! Olać to!". 



Nie wiem czy rozumiecie co mam na myśli, mam nadzieję, że nikogo tym nie urażę. Wygląd jest bardzo istotny w naszym życiu i jak widać odgrywa znaczącą rolę w naszej psychice. 

Warto jednak zawsze szukać u siebie czegoś co nam się podoba i to eksponować. Moda i biznes odzieżowy daje nam taką możliwość, jest tak szeroko rozwinięty, że każdy znajdzie coś co pomoże mu "zakryć" swoje mankamenty, a uwidocznić atuty.

Czy Polki mimo, że uważane za jedne z najładniejszych kobiet w Europie, cechują się brakiem wiary w siebie? Czy któraś z Was wychodząc na plażę odczuwa dyskomfort? Dlaczego?

poniedziałek, 29 czerwca 2015

REFLEKSJA

Mam głowę pełną marzeń, ciągle chcę czegoś nowego... Od życia... od siebie... od Męża... od dziecka...

Co mi to daje?

A no nic, prócz irytacji i zniecierpliwienia i złości na wszystkich wokół, a najbardziej na siebie.

Że nie mam pomysłu na siebie, że nie potrafię zarabiać pasją na siebie i rodzinę. Ta ciągła niewiedza i pytania: "Co powinnam robić w życiu?", chociaż już w wieku 26 lat chyba powinnam na to pytanie odpowiedź znać.

Nasuwa mi się ciągle myśl, że jeszcze nie znalazłam "swojego" miejsca na ziemi, swojego celu i radości. A potem myślę o mojej córeczce i o tym, że chcę jej tak wiele dać, chce żeby umiała czerpać radość z życia  i cieszyć się drobnostkami. Ale jak to zrobić jak sama tego nie umiem?

A może umiem,  a nie widzę.. Po prostu..

czwartek, 18 czerwca 2015

Czytasz? Czytam...

Codzienny wieczorny rytuał.

Coś co łączy na długie lata. Możliwe, że nie każdy ma podobne zdanie, jednak ja pamiętam bardzo wyraźnie, jak moja mama codziennie wieczorem czytała mi i moim siostrom książki.

Pamiętam, że w czasach, gdy nie miałam dziecka już wtedy wiedziałam, co będę robić codziennie wieczorem, będąc mamą.

Od prawie trzech lat czytam mojej córeczce bajki. Pamiętam czasy, gdy te bajki zamiast usypiać rozbudzały moją małą Księżniczkę. Później nastał okres, w którym czytanie usypiało ją w kilka minut. A teraz jesteśmy na etapie, w którym Jula z zachwytem śledzi losy bohaterów, dopytuje się o to co spotyka bohaterów opowiadań i przeżywa trudne wydarzenia.

Mamy też ulubioną bajkę, którą jest Czerwony Kapturek, czytany niemalże codziennie. Ja znam ją na pamięć, ale i sama zainteresowana również.

A najbardziej cieszy mnie, jak słyszę, gdy Julia "czyta" swojej lalce bajeczki i słyszę tekst, który jest zapisany w książce.

Czas spędzony z dzieckiem i książką ma swoją magię, budujemy więź, która mam nadzieje zostanie z nami na zawsze.

Jak zapewne wiecie, ja kocham książki miłością bezgraniczną i nie ukrywam, że chciałabym zaszczepić tym uczuciem moje dziecko.

A może macie książeczki godne polecenia dla 3-latki?? Czekam na Wasze ulubione tytuły. :-)

piątek, 12 czerwca 2015

Kura domowa! Naprawdę?

Mając 18 lat w mojej głowie mieściło się mnóstwo pomysłów na zawojowanie świata. Miała być sława i kasa, życie we własnym blasku.

Życie jednak bywa zabawne i jak się nie dopracuje swojego super planu do końca, zły wybór studiów, bądź brak pomysłu na siebie owocuje  obudzeniem się z ręką w nocniku. "Co tu dalej ze sobą zrobić?"

Los potrafi doskonale rozwiązać nasze problemy. I tak też stało się w moim życiu. 23 lata. Magiczne dwie kreski, które zmieniają każdemu, naprawdę każdemu życie o 360 st.

Jak przez pierwszy rok mojego macierzyństwa zagościł u mnie wszechobecny chaos i nauka czegoś kompletnie mi nieznanego, bo muszę przyznać, że dzieci to była ostatnia rzecz o jakiej myślałam wcześniej, tak jako mama już prawie 3-letniej córeczki mogę powiedzieć: Kocham to!

A dokładnie? Konkretnie mówię tu o zmianie priorytetów w życiu, wraz z dzieckiem dostajemy coś co podświadomie mówi co ważniejsze, wprowadza jakąś rutynę do dnia codziennego, która daje poczucie bezpieczeństwa.

W momencie, gdy zostałam mamą i żoną odkryłam kilka talentów, o których nie miałam pojęcia! Zaczęłam gotować i bardzo dobrze mi to wychodzi. Pieczenie i dekorowanie ciast z córką to nasza wspólna zabawa, którą obie bardzo lubimy.

Masz przed sobą małego człowieka, w którym płynie Twoja krew i widzisz jak ta miniaturka Ciebie zaczyna powielać Twoje zachowania, mówi Twoimi słowami. Dostrzegasz potencjał swojego dziecka w momencie, w którym uczysz je czegoś i w nieoczekiwanym momencie zaskakuje Cię to, że ono coś wie, że mając dwa lata umie liczyć do dziesięciu w dwóch językach. Czujesz się komuś tak bardzo potrzebna, że zapominasz o tym mniej przyjemnych chwilach, jak nieprzespane noce, czy kolki, których moja córka mi oszczędziła.

Moja córka jest moim najlepszym kompanem dnia codziennego, mimo, że czasem potrafi zamęczyć nawet bardzo wytrwałych.

Jestem dumna z tego, że jestem jej mamą!

Nie żałuję, że z mojej kariery zostały tylko wspomnienia, bo moją sławą i karierą stałą się bycie mamą i  żoną. To coś co pozostanie po mnie na zawsze i żadne pieniądze mi tego nie wynagrodzą, chociaż nie ukrywam, że pieniądze to też bardzo istotny aspekt w życiu każdej kury domowej.

Chcę podkreślić, że mimo swojego macierzyństwa nie zamierzam zrezygnować z siebie i w odpowiednim momencie przyjdzie czas na karierę zawodową. :-)

piątek, 29 maja 2015

Francuska podróż z "Lawendowym pokojem" N. George





Historia o miłości opowiedziana z perspektywy mężczyzny, zakochanego i kochającego przez ponad dwadzieścia lat jedną i tą samą kobietę. To jest historia o nieszczęśliwej miłości, która potrafi tak ukształtować życie, aby to w końcu zaczęło sprawiać przyjemność.

Książka, która pokazuje, że jeden zbyt późno otwarty list przewraca życie do góry nogami, a przynajmniej tak mogłoby wydawać się na początku tej drogi w nieznane.

Zanim zabrałam się do czytania tej książki, przeczytałam kilka różnych recenzji. Jedne były pozytywne, a inne mówiły, że książka ciągnie się jak kluski w oleju.
I już ją miałam odłożyć na "później", ale opis z tylu okładki nie dawał mi spokoju.

I bardzo się z tego cieszę, gdyż ta książka mnie delikatnie oczarowała historia miłosną do kobiety i książek oraz opisami przepięknej Francji. Utwierdziła mnie w tym, że powinnam kiedyś zobaczyć kraj pachnący lawendą.

"Lawendowy pokój" to potwierdzenie, że w życiu nigdy nie jest za późno na miłość i szczęście z niej płynące. Czasem życie toczy się pod górkę, żyjemy jak gdyby mechanicznie, robiąc coś i nie zdając sobie ze swojej nie do końca świadomej bytności. I przychodzi taki moment, czasem jest to zapomniany list, czasem wiadomość od kogoś z "poprzedniego" życia, a czasem to sen, który zaświeca lampkę w naszym umyśle.
I budzimy się z życiowego letargu. W książce bohater musiał odbyć podróż przez połowę Francji, aby nad brzegiem morza zrozumieć, że życie nie kończy się tylko dlatego, bo coś strasznego w nim się wydarzyło. Jesteśmy obarczani takimi problemami, jakie jesteśmy w stanie udźwignąć, trzeba tylko zebrać się w sobie i odnaleźć tą ukrytą siłę.

Ja zakochałam się w tej powieści i nie rozumiem negatywnych opinii na jej temat. Jednak tak jak wiele jest książek, jest też mnóstwo gustów czytelniczych. Dla mnie była wciągająca i bardzo interesująca, budziłam się codziennie rano o 6, żeby móc poczytać. Ot, takie moje dziwactwo :-)

czwartek, 28 maja 2015

Kolejna próba..

Wczoraj w rozmowie z kimś bliskim poradziłam: "Żyjesz dla siebie, więc żyj tak, żebyś nigdy nie miał żalu do siebie, że zmarnowałeś swoje życie". Jakie to proste i może nawet błahe, ale jak tak popatrzeć na swoje życie, to jednak czasem ciężko zastosować się do takiej niby prostej rady. (Ale to tak w ogóle wyrwane z kontekstu- złota myśl Róży :-))

Także wczoraj usłyszałam od innej bardzo miłej osoby, że mój blog jest ciekawy i fajnie się go czyta. Zawsze myślałam o nim, jako o zaniedbanym przedsięwzięciu, którego podjęłam się dawno temu, w sumie to teraz nawet nie pamiętam, dlaczego właściwie zaczęłam pisać.

Dziś podczas krojenia ziemniaków do zupy (będzie kapuśniak- mój pierwszy w życiu!! ) oświeciło mnie :), otóż blog będę pisać o tym, co zwykła kobieta codziennie robi, czyli ja :-). Będzie trochę o książkach, bo je także kocham, o mojej córce i moich prywatnych rozterkach związanych z wychowaniem, może trafi się coś o kosmetykach, które używam. Ten blog będzie taki MÓJ :-), jeszcze bardziej niż do tej pory. Będzie też o gotowaniu, w którym zakochałam się od kiedy zostałam mamą i żoną.

Nawiązując do pierwszego akapitu, będzie o tym o czym chce pisać i może mi to nie wyjdzie, tak jak innym, moim ulubionym blogerom, jednak życie to ciągłe próby, także spróbujemy :-P.


Ostatnio martwię się o tą moją małą Gwiazdkę, od kiedy mieszkamy w Niemczech, Gwiazdka chodzi do żłobka. Z jej aklimatyzacją w tym miejscu było różnie, minął już rok od kiedy tam chodzi. Początki były bardzo trudne, później było dużo lepiej, a teraz... no właśnie, problem powrócił. Właściwie nie wiem czym on jest spowodowany. Gwiazdka nie chce zostawać w żłobku, w momencie, gdy chcę wyjść zaczyna się jej błagalny płacz, żeby mama została.
Moja córcia świetnie radzi sobie już z niemieckim, więc raczej to nie jest problemem. Jako jedyna w grupie, nie nosi pampersa i jest bardzo samodzielna. Zawsze jest chwalona, opiekunki mówią, że Gwiazdka ma temperament, ale, gdy delikatnie zwrócą jej uwagę, zawsze słucha i stosuje się do uwag.
Wiem, że oddałam ją tam za wcześnie, jednak teraz czasu nie cofnę. Pozostało szukać mi rozwiązania problemu.
Martwi mnie to podwójnie, bo od września Julii idzie do przedszkola, a tam już nie będzie długiego okresu przystosowawczego.
Dzisiejszy poranek to też morze łez Gwiazdki, a moje serce mi pęka zawsze i raz jestem na nią zła, że robi taki pokaz, a innym razem po prostu zabrałabym ją do domu.

środa, 27 maja 2015

Co o Tobie myślę...

Zastanawiam się ostatnio, jak widzą mnie inni.. Nie chodzi mi o mój wizerunek zewnętrzny, tzn. o to jak się ubieram, czy jakie kolory noszę..

Interesuję mnie co myślą inni o moim charakterze, jakie wady czy zalety we mnie widzą. Mąż pyta co mnie tak naszło na takie rozmyślania, a ja nie do końca umiem mu odpowiedzieć, jednak może to  efekt coraz większego skupienia na sobie, na swoich potrzebach i na chęci życia w zgodzie ze samą sobą.

Fajnie byłoby zrobić małą ankietę wśród znajomych i troszkę ich podpytać. Jednak nie ukrywam, że na samą myśl troszkę bałabym się krytyki.

Trudno mi przyjąć ostrą krytykę dotyczącą mnie samej, ale im jestem starsza zauważam, że wysłuchując czyjejś opinii szukam rozwiązań, które mają mi pomóc zmienić moje negatywne cechy...

czwartek, 21 maja 2015

Poukładane.

Bardzo często zdarza mi się, że długo czegoś szukam, mam problem ze zlokalizowaniem niektórych przedmiotów w moim mieszkaniu.. Nie ukrywam, jest to denerwujące i od dawna próbuję z tym walczyć. Jednak jeszcze bardziej zniechęcające jest to, że tylko na próbach się kończy. 

Zauważyłam w Internecie, że temat organizacji stał się stosunkowo modny. Dlatego też stwierdziłam, że tak to jest idealny czas na to, żeby jeszcze raz spróbować. 

W ostatnim czasie wprowadzam wiele zmian u siebie, między innymi staram się ograniczyć napływ informacji zewsząd, jednak ciężko zrezygnować z czytania np. blogów, skoro się to tak uwielbia. Zauważyłam jednak, że pochłania mi to zbyt dużo czasu, a chciałabym spędzać go bardziej aktywnie z moją córeczką. Chciałabym również zwiększyć swoje kwalifikacje zawodowe, zapisałam się na pewien kurs online i powinnam już dawno z niego korzystać, bo data ważności minie i pieniądze zostaną wyrzucone w błoto:(. Niestety systematyczność u mnie również pozostawia wiele do życzenia. 

Mam głowę pełną pomysłów, tylko brakuje mi planu wdrożenia. No właśnie PLAN, to jest to czego potrzebuję.

Dokładnie tak samo jest w przypadku organizacji i ogarnięcia mieszkania. Od początku tego tygodnia wprowadziłam zapisywanie sobie planu-listy rzeczy, które muszę zrobić w dany dzień. Zdarza się owszem, że nie daję rady wykreślić wszystkich punktów z listy, ale pomaga mi to oczyścić głowę z niepotrzebnych i zbędnych myśli. A jest w niej takich mnóstwo :) 

Kierując się radami Basi z bloga zrobto.no wmawiam sobie codziennie, że nie muszę i nawet fizycznie nie dam rady zrobić wszystkiego naraz. Należy wszystko robić krok po kroku i sprzątać szafkę po szafce. Kolejną radą Basi jest to, żeby zapisać swoje słabe cechy lub to co sprawia nam problem, np. u mnie jest to nieodkładanie rzeczy na miejsce, przez co panuje w moim domu wieczny harmider, dzięki tej radzie w tym tygodniu wszystko u mnie znalazło swoje miejsce.

Zaczęłam uczyć się robienia list, planowania każdego działania krok po kroku, bo wiem i zdaję sobie sprawę z tego, że kompletnie tego nie potrafię i czasem mam wrażenie, że żyję w ogromnym wewnętrznym chaosie.  

Jestem dopiero na początku tej drogi poukładania, ale już pomału zaczynam widzieć rezultaty :), np. wiem co mam na obiad do końca tygodnia:)



wtorek, 19 maja 2015

Leo Babauta "Skup się. Prosta droga do sukcesu."


        Książka porusza bardzo aktualny problem zalewania nas przez multum informacji. Ten natłok wiadomości, newsów, powiadomień i postów, po cichu buduje w nas ukryty niepokój, który odzwierciedla się w coraz słabszej efektywności w pracy i w życiu codziennym.

        Autor podzielił książkę na pięć rozdziałów, w których przedstawia problem od początku, po części bazując na swoim przykładzie. Leo Babauta jest przykładem człowieka, który osiągnął sukces. Wdrożył swoją filozofię w życie i osiągnął zamierzony cel.

        Całość tego poradnika, bo myślę, że można tak nazwać tą książkę, składa się z wielu wskazówek, jak ograniczyć wpływ social mediów w naszym codziennym życiu. Sama muszę przyznać się do tego, że ten problem jest mi bliski. Czasami myślę, że Facebook zawładnął moim światem, a i nie pamiętam już czasów, kiedy Internet nie był niezbędny.

         Mogę powiedzieć, że polecam tą książkę, ze względu na podpowiedziane rozwiązania bądź ćwiczenia w niej zawarte. Mogą pomóc wyzwolić się z bycia non stop online.



środa, 13 maja 2015

Czas działania

Rozwijam się i dążę do celu. Jakiego? Jeszcze sama nie umiem go sprecyzować :-P Ot, cała ja właśnie, nigdy do końca pewna nie jestem.

Maj to zdecydowanie mój ulubiony miesiąc i chyba już zawsze tak zostanie. Czuję całą sobą, że nadchodzą zmiany. Jakie? W moim codziennym postrzeganiu życia!! Tak wiem, przynudzam, ale lubię to :). Muszę tyle razy o tym napisać, aż w końcu uwierzę w to, że można i że ja potrafię zmieniać swoje życia, tak abym była szczęśliwa.

Przeczytałam ostatnio kilka książek w tym temacie oraz parę dobrych tekstów. Teraz zaczynam wdrażanie wszystkiego czego się dowiedziałam, czas działać. Wiosna to piękny czas:)


Pozwoliłam sobie na skopiowanie grafiki z bloga Manufaktury radości, który bardzo serdecznie Wam polecam! :)

niedziela, 19 kwietnia 2015

W pokorę

Przeczytałam przed sekundą wpis na blogu znanym. Czytam zaległe posty jeszcze chyba z początku marca. O robocie...

I myślę sobie o tej mojej robocie w życiu. Ile jej było? I czy coś warta?

Od dziecka pracowałam na plantacji malin, a później porzeczek moich rodziców. Szału z pieniędzmi na tym nie było, ale dla 12-letniej dziewczyny zawsze coś. Później mała przerwa na liceum, gdzie można rzec "bezrobotna" byłam. A już na studiach,  jako kelnerka pracowałam, skądinąd bardzo tą pracę lubiłam. Na tym też specjalnie się nie dorobiłam, ale pieniądze były. Po studiach dalej kelnerka, pomijam staż w firmie związanej  z moim kierunkiem studiów.
Po wszystkim, po ślubie i urodzeniu Julii, wyjazd do męża i praca jako sprzątaczka.

Nie chcę zastanawiać się dlaczego? Co zrobiłam w swojej "karierze" życiowej nie tak, że nie skończyłam w jakiejś korporacji bądź firmie. No może poza jednym, do czego mogę się przyznać z pochyloną głową.
Postanowiłam dbać o rodzinę, dziecko i męża.

Bo rodzina powinna być razem, bo ja chcę, żeby moja rodzina była razem.

Co z tego wynikło to może jeszcze kiedyś przy okazji...

Cały czas nadal szarpię się sama ze sobą, czy teraz jednak kariera, czy Oni. I tak jestem pomiędzy nowymi kursami językowymi lub doszkalającymi i codziennym praniem, obiadami i prasowaniem...

Przerost ambicji nad rzeczywistością faktyczną... Może..

Ale czy te studia oznaczają, że już sprzątaczką nie można być? Druga sprawa to moja skromna osoba w tym wszystkim, ale zadaje samej sobie pytanie: Czy dam radę, robić coś po to by robić i zarobić, a priorytety ważniejsze wyznaczyć?

Ale idę w pokorę...
I sprzątam,bo tak czasem trzeba...
I mówię do siebie, że wszystko co mnie spotyka, czegoś mnie uczy.
Potrzebowałam 26 lat, żeby w końcu to zrozumieć i może nie rozumiem do końca jeszcze i w pełni,
Ale jutro pójdę w zgodzie ze sobą, posprzątam ogromny dom ludziom, bo czasem tak trzeba...

Perfekcjonistka

Jestem perfekcjonistką... To zdanie oddaje w pełni rzeczywistość mojego dnia codziennego. W większej części mojego dnia jest to także moja zmora. Nie od dziś wiadomo, że ciężko jest wszystkie obowiązki domowe wykonać na tip-top, niczym pewna pani w popularnym programie telewizyjnym, którego zresztą bardzo lubię oglądać. Po obejrzeniu odcinka przychodzi chwila refleksji nad moim mieszkaniem i wysuwają się wnioski: " Mój dom to wielki śmietnik".

Jak widać wspomniany program bardzo źle oddziałuje na moją psychikę, jednak dla mnie jest kopalnią wiedzy, dotyczącą tricków przy sprzątaniu. Dzięki Pani Perfekcyjnej nauczyłam się składać prześcieradła z gumką!

Ale nie o sprzątaniu miało być. Jak znaleźć balans pomiędzy nadmiernym perfekcjonizmem, a sumiennym wykonywaniem swoich codziennych obowiązków, zadań w pracy czy w życiu codziennym?

Zauważam kilka plusów swojego perfekcjonizmu, np. podczas studiów dzięki swojej dokładności i dbaniu o szczegóły, o to żeby zawsze umieć najwięcej ile się da, ukończyłam je we wcześniejszym terminie niż reszta roku.

Jednak pojawiają się również i minusy, nie potrafię w pełni cieszyć się ze swoich sukcesów, cały czas dążę do doskonałości i nawet w momencie osiągnięcia jakiegoś zamierzonego celu myślę, że mogłam lepiej to zrobić i już planuje kolejne działania, nie dając sobie czasu na delektowanie się swoim sukcesem.

Moja walka z chorobliwym perfekcjonizmem nadal trwa, jednak jest ona bardziej po omacku niż świadome działanie...

środa, 15 kwietnia 2015

Depresja emigracyjna

Od kilku dni towarzyszyła mi, jak ja ją nazywam, depresja emigracyjna. Paradoksalnie im jest cieplej, tym częściej myślę o Polsce i o tym czy może lepiej, byłoby wrócić?

Jednak po rozmowie z kilkoma osobami, troszeczkę rozjaśniło  mi się w głowię, co może stanowić u mnie problem z życiem na emigracji. Postanowiłam zmienić sposób postrzegania niektórych spraw i sytuacji.

Myślę, że powinnam być bardziej uważna, żyć chwilą teraźniejszą, a nie tym "co by było gdyby" lub tym co było kiedyś.

Życie trwa nadal i nie powiedziane, gdzie będę za pół roku bądź za rok. Może wrócę, a może znajdę tu taką pracę, która będzie mi odpowiadać? Nie wiem, jak potoczy się moje życie. Cieszę się tym faktem, że już za tydzień jadę ponownie do Polski, tym razem tylko z Julią. Jestem matką chrzestną mojego kuzyna, który za dwa tygodnie ma Komunie Św.

W domu rodziców spędzę ponad tydzień, przylatuje również moja siostra z Anglii, a nie widziałyśmy się od września zeszłego roku, więc będzie co opowiadać.

A teraz uciekam z Julią na plac zabaw, bo dziś mamy 26 st. ciepła więc LATO! :)

sobota, 11 kwietnia 2015

Online

Bark możliwości pisania w momencie, gdy czuję taką potrzebę, bo akurat jestem na spacerze, bądź bawię się z córką, negatywnie odbija się na moim blogu. Jednak wychodząc z założenia, że pisze dla siebie nie przejmuję się tym zbytnio.

Ostatnie tygodnie upłynęły mi pod znakiem książek i bardzo kreatywnych tekstów. Zwiększyłam również swoją aktywność fizyczną i jestem bardzo z siebie zadowolona.

Szukam spokoju ducha i radości płynącej z życia... Uczę się wsłuchiwać w siebie, a jest to w moim przypadku bardzo trudne. Wyjazd do Polski i praktycznie zaprzestanie używania Internetu przez tydzień, pomógł mi. Jednak uświadomił mi również, jak bardzo jestem uzależniona od życia online.

Jestem online praktycznie 24h na dobę, wiem to choroba. Nawet jak śpię i budzę się do Julii, sprawdzam telefon, który jest moim łącznikiem ze światem internetowym. Od paru miesięcy czuję się tym tak bardzo przytłoczona, że zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać.

Od dawna żyję życiem innych, nawet nie wiem kiedy to wszystko się zaczęło. Pamiętam czas, w którym zaczęłam pisać bloga. Chciałam to robić, bo od zawsze pisałam pamiętnik, tyle tylko, że w wersji książkowej. Pomyślałam, że pisanie w Internecie może być ciekawsze, fajniejsze. Jednak nigdy nie zaczęłam robić tego na poważnie. Teraz zaczynam myśleć, że po prostu nie miałam nic ciekawego do przekazania innym. Kilka razy chciałam usunąć ten swój kawałek sieci, ale jakoś nie potrafię.

W czasie, gdy zaczęłam tu pisać, samoistnie zaczęłam też czytać blogi innych. Żyć ich życiem. Popadałam w skrajności. Sytuacja wyostrzyła się, gdy urodziłam córeczkę i zaczęłam czytać blogi parentingowe. Dziś wiem, że to była czysta głupota. Zwykli ludzie zaczynają pisać o dzieciach i wychowaniu, większość z nich pisze tylko na podstawie swojego dziecka, uogólniając do większości, a Ty człowieku później przeżywasz.

Nie twierdzę, że przestałam blogi o tej tematyce czytać, jednak czytam je teraz "z głową". Są wśród wielu, takie, które według mnie mają coś konkretnego do przekazania. Rodzice dwójki, bądź trójki dzieci mogą mówić o jakimś doświadczeniu w obserwacji natury dziecka. Sama wiem, że każdy jest inny i dotyczy to również dzieci. Można się sugerować zdaniem, czy opinia innych, jednak najważniejsza jest obserwacja swojego własnego dziecka.

Po kilku latach moje zainteresowania zmieniły kierunek, idąc w stronę zdrowia, sposobów zdrowego odżywiania oraz minimalizmu, o którym uwielbiam czytać, jednak ze stosowaniem jest wciąż różnie. Staram się robić co mogę w tej kwestii, aby "odgruzować" swoje mieszkanie i życie przy okazji.

Cały czas myślę o zmianie sposobu pisania bloga, czy treści. Chciałabym zacząć robić tu coś "na poważnie". Czy coś z tego będzie? Nie wiem...

czwartek, 26 lutego 2015

A tymczasem na placu zabaw...

Moja mała księżniczka ostatnio trochę chorowała,  ale mamy sie już dużo lepiej.  Od dwóch dni na niebie pojawiło się w końcu słońce po długiej nieobecności.  Co moja psychika dość konkretnie odczula. Ale teraz wygrzewamy się codziennie na placu zabaw. Jak sobie pomyślę,  że jeszcze w poniedziałek padał śnieg przez cały dzień,  to ciesze się, że nic po nim nie zostało.


Zorientowałam się dziś,  że to już ostatni tydzień lutego i jeszcze parę tygodni i będziemy jechać do Polski na Wielkanoc.  Cieszę się,  bo bardzo tęsknię za swoim domem i Polską.  Wczoraj rozmawiałam ze znajomą,  która uważa,  że nie mam po co do Polski wracać.  Ja sama nie wiem juz jak jest, ale nigdy nie planowałam zostać w Niemczech na stałe.  Zawsze myślałam o tym czasie jako przejściowym. Od kiedy chodzę do szkoły i uczę sie języka juz nie jest tak źle,  jednak nadal nie czuję sie tak swobodnie.

Czasem na placu zabaw odczuwam to, że jestem obca. Matki rozmawiają ze soba, znają się a ja siedzę sama. Myślę,  że może zmieni sie to z czasem.

poniedziałek, 23 lutego 2015

I po stresie..

Jestem okropna, wiem o tym... :( zobowiązuję się do czegoś sama przed sobą i nie umiem później tego dotrzymać.

To pokazuje jak kiepsko traktuję samą siebie, no cóż...

Krótki skrót mojego ostatniego tygodnia:

Od poniedziałku rozpoczął się u nas Faschingswoche, czyli tydzień ostatkowego świętowania, w związku z tym miałam  ferie w swojej szkole. Mój K  również miał dwa dni wolnego, więc spędziliśmy ten czas wspólnie w domu.

Uwieńczeniem tygodnia był mój egzamin w piątek z części językowej. To był najbardziej stresujący dzień od dawna w moim życiu. Wyniki dopiero za cztery tygodnie niestety, jednak poczułam ogromną ulgę, że mam to w końcu za sobą.

W niedziele skończyłam 26 lat. Jakoś nie odczuwam upływających lat, nie wiem czy to dobrze czy też źle. Wiem, że dużo w ciągu tych lat osiągnęłam i z ciekawością spoglądam w przyszłość.


piątek, 30 stycznia 2015

" O tym, że "prawie" robi wielką różnicę"

Odpowiednia i zdrowa dieta jest najważniejszym zadaniem, jakie postawiłam sobie, jakiś czas temu, gdy przeprowadziliśmy się do Niemiec. Zewsząd atakują nas chemiczne dodatki, które znajdują się dosłownie wszędzie.

Wraz z pojawieniem się mojej córki na świecie postanowiłam sobie ograniczyć chemię i jej dodatki w żywności, którą podaję całej mojej rodzinie, a w tym także córce.

Na temat żywności przeczytałam mnóstwo książek, jedne wykluczały się wzajemnie, inne straszyły i jasno mówiły, że wszystko co jemy to trucizna, ale bardzo niewiele publikacji podawało jasno i wyraźnie to czego należy unikać w żywności, a co może w niej się znajdować i nie jest zagrożeniem dla naszego zdrowia.


Dopiero książka Julity Bator "Zamień chemię na jedzenie*" wyjaśniła mi po kolei co znajduję się w tym co kupujemy i w tym co znajduje się na sklepowym półkach. Podaje również bardzo proste przepisy na własnoręcznie zrobiony keczup, dżem i wiele innych produktów, za którymi przepadają nasze dzieci.
Autorka rozwiewa wiele mitów i dokładnie wyjaśnia na czym polega świadome kupowanie produktów spożywczych.


Książkę tą polecam każdemu, komu zależy na zmianie dotychczasowej diety i każdej mamie, która uważa, że podawanie serków bądź innych produktów podawanych w reklamach, jest zdrowym sposobem żywienia, ja sama doznałam ogromnego szoku i dopiero teraz widzę, jak bardzo myliłam się, myśląc, że wiem wszystko o zdrowych produktach."


"Chcieć to móc, móc to chcieć"

Mam już wszystko zaplanowane i rozpisane, chcę zmienić parę rzeczy na blogu i zaczynam nad tym pracować. Nie będzie to profesjonalna strona, bo nie jestem w tej dziedzinie profesjonalistą, ale postanowiłam, że będzie to moja część w sieci. 

Mój blog zostanie podzielony na cztery kategorie:

  • po mojemu: tutaj znajdą się moje opinie i zdanie na różnego rodzaju tematy związane z codziennością i rodzicielstwem;
  • pysznie: jak sama nazwa wskazuje będzie to mój kącik kulinarny, w którym zamieszczać będę przepisy, z których korzystam oraz dania, które robię często i bardzo je lubię;
  • domowo: ta kategoria to dom i związane z nim tematy dotyczące organizacji czasu lub jej próby, zamierzam zamieszczać tutaj to co znajdę w sieci i uznam za pomocne:
  • moje ulubione: czyli jak nazwa mówi to co lubię najbardziej i daje mi ogromną satysfakcję i przyjemność. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że są to książki, kosmetyki i minimalistyczna biżuteria,
czyli wszystko czego dotyczy życie nowoczesnej kury domowej :).


Zastanawiam się nad zablokowaniem wcześniejszych postów, ale jestem do nich bardzo przywiązana i wiele o mnie mówią. Jeszcze nie zdecydowałam co z tym zrobię.


Korzystając z przymusowego urlopu od moich zajęć językowych, gdyż moja córeczka choruje, spędzamy czas wspólnie w domu i mam chwilę, żeby pomyśleć co dalej z tą stroną. 

Od bardzo dawna zaczytuję się w wielu blogach i stronach internetowych, charakteryzują się różnorodnością, znajdzie się tu coś o rodzicielstwie, o życiu, minimalizmie, kuchni, kosmetykach i oczywiście o moich ukochanych książkach. 

Zależy mi na tym, żeby zebrać to wszystko w jednym miejscu, w moim kawałku sieci. Nie wiem jeszcze, jak będzie wyglądało to w praktyce, ale jestem pełna zapału i bardzo chcę. A jak to ktoś kiedyś powiedział: "Chcieć to móc, móc to chcieć." 

Moje dotychczasowe życie pokazało, że owszem ta dewiza jest jak najbardziej prawdziwa. Moja codzienna praca nad sobą i nad zmianą swojego poglądu na życie, które w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy uległo znacznej zmianie. 

Dziś szukam inspiracji dla siebie w swoim codziennym życiu, poprzez obserwację ludzi i ich zachowań oraz tego, jak ja jestem odbierana w społeczeństwie, w którym akurat przyszło mi żyć. 

Chciałabym również poznać tajemnicę miłości do samej siebie, jak zaakceptować siebie i pokochać siebie takim jakim się jest. 

Proszę więc o cierpliwość i odrobinę czasu na podrasowanie mojego bloga. Za wszelkie sugestie i pomysły będę bardzo wdzięczna.

Życzę miłego dnia :)



wtorek, 27 stycznia 2015

Nie tylko słowa

Niestety systematyczność u mnie nadal kuleje, ale piszę i jestem ;)

Macierzyństwo to dla mnie nie tylko słowa. To mnóstwo gestów i uśmiechów, przekazujących miłość moją do mojej dziewczynki, ale to też małe rączki zawieszone na szyi i sepleniąca Niunia "Mama ocham Cię" :).

Nie tylko słowa... to troska w oczach męża po nieprzespanej nocy, spędzonej nad kaszlącym i gorączkującym dzieckiem. Uśmiech na widok ulubionej pomidorowej i przytulenie mówiące wszystko... Kocham...

Patrząc na dzisiejszy świat, myślę, że ludzie powinni swoje uczucia wyrażać gestami, bo wtedy nawet te złe gesty czy uczucia, stają się słabsze poprzez czas jaki musi upłynąć, do wykonania jakiegokolwiek ruchu.


piątek, 23 stycznia 2015

Dla siebie

Wraz z początkiem roku postanowiłam zrobić coś dla siebie i odpuścić sobie. Bardzo dużo od siebie wymagam i zawsze kiedy, choćby na chwile sobie odpuściłam, miałam ogromne poczucie winy. Wiem, że to podchodzi pod jakąś chorobę, dlatego postanowiłam zmienić coś i chcę trochę wyluzować.

Już za miesiąc kończę kurs językowy, dlatego będę miała więcej czasu dla siebie, czyli na czytanie. Kocham to i bardzo cierpię z tego powodu, że najnormalniej w świecie nie mam na to czasu. Tuziny książek zalegają na półkach, a kilka u rodziny, a ja nie czasu usiąść z kubkiem herbaty i czytać.

Ostatnią rzeczą, którą chcę zrobić dla siebie jest nauczenie się super organizacji i planowania, żeby mieć na wszystko czas. Pomaga mi w tym kilka blogów, jednak głównym przewodnikiem i motywatorem jest Edyta. W gronie najlepszych znajdują się:Kameralna i  Kasia.


piątek, 16 stycznia 2015

Po raz pierwszy

Po powrocie z Polski, po raz pierwszy poczułam się jak w domu, w momencie, gdy przekroczyłam próg naszego mieszkania. Nie wiem czy to dobry znak, ale wydaję mi się, że tak. 

Nadal w moim życiu emigrantki spotyka mnie wiele trudności i momentów zwątpienia. Podczas pobytu w Polsce pewna osoba powiedziała mi, że chyba należałoby się określić przed samym sobą, co do miejsca zamieszkania i podjąć decyzję odnośnie swoich planów na życie. Pomaga to w uspokojeniu swojej psychiki. 

Ten mój pierwszy raz bardzo mnie zaskoczył, bo nadal tęsknię do Polski, ale im dłużej tu jestem, znam okolicę i poznaje tutejszą rzeczywistość, sprawia, że już nie jestem tutaj taka obca, jak w momencie, gdy tutaj po raz pierwszy przyjechałam. 


Ten post jest odrobinę spóźniony, ale podjęłam się tego wyzwania dla siebie i myślę, że nikomu nie będzie przeszkadzać, że nie jest on o czasie. :)

A dziś po raz pierwszy idę na siłownie, zdrowy tryb życia czas zacząć!!