niedziela, 19 kwietnia 2015

W pokorę

Przeczytałam przed sekundą wpis na blogu znanym. Czytam zaległe posty jeszcze chyba z początku marca. O robocie...

I myślę sobie o tej mojej robocie w życiu. Ile jej było? I czy coś warta?

Od dziecka pracowałam na plantacji malin, a później porzeczek moich rodziców. Szału z pieniędzmi na tym nie było, ale dla 12-letniej dziewczyny zawsze coś. Później mała przerwa na liceum, gdzie można rzec "bezrobotna" byłam. A już na studiach,  jako kelnerka pracowałam, skądinąd bardzo tą pracę lubiłam. Na tym też specjalnie się nie dorobiłam, ale pieniądze były. Po studiach dalej kelnerka, pomijam staż w firmie związanej  z moim kierunkiem studiów.
Po wszystkim, po ślubie i urodzeniu Julii, wyjazd do męża i praca jako sprzątaczka.

Nie chcę zastanawiać się dlaczego? Co zrobiłam w swojej "karierze" życiowej nie tak, że nie skończyłam w jakiejś korporacji bądź firmie. No może poza jednym, do czego mogę się przyznać z pochyloną głową.
Postanowiłam dbać o rodzinę, dziecko i męża.

Bo rodzina powinna być razem, bo ja chcę, żeby moja rodzina była razem.

Co z tego wynikło to może jeszcze kiedyś przy okazji...

Cały czas nadal szarpię się sama ze sobą, czy teraz jednak kariera, czy Oni. I tak jestem pomiędzy nowymi kursami językowymi lub doszkalającymi i codziennym praniem, obiadami i prasowaniem...

Przerost ambicji nad rzeczywistością faktyczną... Może..

Ale czy te studia oznaczają, że już sprzątaczką nie można być? Druga sprawa to moja skromna osoba w tym wszystkim, ale zadaje samej sobie pytanie: Czy dam radę, robić coś po to by robić i zarobić, a priorytety ważniejsze wyznaczyć?

Ale idę w pokorę...
I sprzątam,bo tak czasem trzeba...
I mówię do siebie, że wszystko co mnie spotyka, czegoś mnie uczy.
Potrzebowałam 26 lat, żeby w końcu to zrozumieć i może nie rozumiem do końca jeszcze i w pełni,
Ale jutro pójdę w zgodzie ze sobą, posprzątam ogromny dom ludziom, bo czasem tak trzeba...

Perfekcjonistka

Jestem perfekcjonistką... To zdanie oddaje w pełni rzeczywistość mojego dnia codziennego. W większej części mojego dnia jest to także moja zmora. Nie od dziś wiadomo, że ciężko jest wszystkie obowiązki domowe wykonać na tip-top, niczym pewna pani w popularnym programie telewizyjnym, którego zresztą bardzo lubię oglądać. Po obejrzeniu odcinka przychodzi chwila refleksji nad moim mieszkaniem i wysuwają się wnioski: " Mój dom to wielki śmietnik".

Jak widać wspomniany program bardzo źle oddziałuje na moją psychikę, jednak dla mnie jest kopalnią wiedzy, dotyczącą tricków przy sprzątaniu. Dzięki Pani Perfekcyjnej nauczyłam się składać prześcieradła z gumką!

Ale nie o sprzątaniu miało być. Jak znaleźć balans pomiędzy nadmiernym perfekcjonizmem, a sumiennym wykonywaniem swoich codziennych obowiązków, zadań w pracy czy w życiu codziennym?

Zauważam kilka plusów swojego perfekcjonizmu, np. podczas studiów dzięki swojej dokładności i dbaniu o szczegóły, o to żeby zawsze umieć najwięcej ile się da, ukończyłam je we wcześniejszym terminie niż reszta roku.

Jednak pojawiają się również i minusy, nie potrafię w pełni cieszyć się ze swoich sukcesów, cały czas dążę do doskonałości i nawet w momencie osiągnięcia jakiegoś zamierzonego celu myślę, że mogłam lepiej to zrobić i już planuje kolejne działania, nie dając sobie czasu na delektowanie się swoim sukcesem.

Moja walka z chorobliwym perfekcjonizmem nadal trwa, jednak jest ona bardziej po omacku niż świadome działanie...

środa, 15 kwietnia 2015

Depresja emigracyjna

Od kilku dni towarzyszyła mi, jak ja ją nazywam, depresja emigracyjna. Paradoksalnie im jest cieplej, tym częściej myślę o Polsce i o tym czy może lepiej, byłoby wrócić?

Jednak po rozmowie z kilkoma osobami, troszeczkę rozjaśniło  mi się w głowię, co może stanowić u mnie problem z życiem na emigracji. Postanowiłam zmienić sposób postrzegania niektórych spraw i sytuacji.

Myślę, że powinnam być bardziej uważna, żyć chwilą teraźniejszą, a nie tym "co by było gdyby" lub tym co było kiedyś.

Życie trwa nadal i nie powiedziane, gdzie będę za pół roku bądź za rok. Może wrócę, a może znajdę tu taką pracę, która będzie mi odpowiadać? Nie wiem, jak potoczy się moje życie. Cieszę się tym faktem, że już za tydzień jadę ponownie do Polski, tym razem tylko z Julią. Jestem matką chrzestną mojego kuzyna, który za dwa tygodnie ma Komunie Św.

W domu rodziców spędzę ponad tydzień, przylatuje również moja siostra z Anglii, a nie widziałyśmy się od września zeszłego roku, więc będzie co opowiadać.

A teraz uciekam z Julią na plac zabaw, bo dziś mamy 26 st. ciepła więc LATO! :)

sobota, 11 kwietnia 2015

Online

Bark możliwości pisania w momencie, gdy czuję taką potrzebę, bo akurat jestem na spacerze, bądź bawię się z córką, negatywnie odbija się na moim blogu. Jednak wychodząc z założenia, że pisze dla siebie nie przejmuję się tym zbytnio.

Ostatnie tygodnie upłynęły mi pod znakiem książek i bardzo kreatywnych tekstów. Zwiększyłam również swoją aktywność fizyczną i jestem bardzo z siebie zadowolona.

Szukam spokoju ducha i radości płynącej z życia... Uczę się wsłuchiwać w siebie, a jest to w moim przypadku bardzo trudne. Wyjazd do Polski i praktycznie zaprzestanie używania Internetu przez tydzień, pomógł mi. Jednak uświadomił mi również, jak bardzo jestem uzależniona od życia online.

Jestem online praktycznie 24h na dobę, wiem to choroba. Nawet jak śpię i budzę się do Julii, sprawdzam telefon, który jest moim łącznikiem ze światem internetowym. Od paru miesięcy czuję się tym tak bardzo przytłoczona, że zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać.

Od dawna żyję życiem innych, nawet nie wiem kiedy to wszystko się zaczęło. Pamiętam czas, w którym zaczęłam pisać bloga. Chciałam to robić, bo od zawsze pisałam pamiętnik, tyle tylko, że w wersji książkowej. Pomyślałam, że pisanie w Internecie może być ciekawsze, fajniejsze. Jednak nigdy nie zaczęłam robić tego na poważnie. Teraz zaczynam myśleć, że po prostu nie miałam nic ciekawego do przekazania innym. Kilka razy chciałam usunąć ten swój kawałek sieci, ale jakoś nie potrafię.

W czasie, gdy zaczęłam tu pisać, samoistnie zaczęłam też czytać blogi innych. Żyć ich życiem. Popadałam w skrajności. Sytuacja wyostrzyła się, gdy urodziłam córeczkę i zaczęłam czytać blogi parentingowe. Dziś wiem, że to była czysta głupota. Zwykli ludzie zaczynają pisać o dzieciach i wychowaniu, większość z nich pisze tylko na podstawie swojego dziecka, uogólniając do większości, a Ty człowieku później przeżywasz.

Nie twierdzę, że przestałam blogi o tej tematyce czytać, jednak czytam je teraz "z głową". Są wśród wielu, takie, które według mnie mają coś konkretnego do przekazania. Rodzice dwójki, bądź trójki dzieci mogą mówić o jakimś doświadczeniu w obserwacji natury dziecka. Sama wiem, że każdy jest inny i dotyczy to również dzieci. Można się sugerować zdaniem, czy opinia innych, jednak najważniejsza jest obserwacja swojego własnego dziecka.

Po kilku latach moje zainteresowania zmieniły kierunek, idąc w stronę zdrowia, sposobów zdrowego odżywiania oraz minimalizmu, o którym uwielbiam czytać, jednak ze stosowaniem jest wciąż różnie. Staram się robić co mogę w tej kwestii, aby "odgruzować" swoje mieszkanie i życie przy okazji.

Cały czas myślę o zmianie sposobu pisania bloga, czy treści. Chciałabym zacząć robić tu coś "na poważnie". Czy coś z tego będzie? Nie wiem...