piątek, 7 sierpnia 2015

Kupować, kupować, a może... nie?





W piątek wysłuchałam audycji Polskiego Radia Jedynka "Bez znieczulenia" na temat minimalizmu i zakupach. Głównym czynnikiem, który skłonił mnie do wysłuchania, był udział w niej jednej z blogerek, które podczytuję. Sama rozmowa i reportaż był bardzo ciekawy i poruszał temat, który jest mi poniekąd bliski, chcę zminimalizować zbiór rzeczy niepotrzebnych, a co za tym idzie zminimalizować wydatki.

Podczas godzinnego reportażu nasunęło mi się kilka myśli, a może odpowiednim określeniem będzie, pytania, które powinnam sama sobie zadać, żeby rozwiązać problem, który zaprząta moją głowę.

Żyjemy w czasach, w których idąc do sklepu możemy kupić dosłownie wszystko, szkoły wyższe wypuszczają na rynek pracy ogromne liczby fachowców, którzy mają za zadanie uzmysłowić nam to, jakie mamy potrzeby. Marketing chyba jeszcze nigdy nie działał tak prężnie, jak ma to miejsce właśnie teraz.

Muszę przyznać się przed sobą i przed Wami, że zakupy były dla mnie zawsze trudnym tematem, bo wchodząc do sklepu potrafię w sekundzie zapomnieć po co przyszłam i kupić mnóstwo niepotrzebnych  mi rzeczy, co skutkuje irytacją, złością i szybko znikającą gotówką z mojego konta .

Dlatego też moja refleksja i chęć zmiany, która uważam, prowadzi przez pracę nad sobą. Na początku chciałam sama zastanowić się nad tymi kilkoma pytaniami:

Kupowanie - chcę czy muszę to mieć?


I tu problem jest chyba największy, bo gdy bardzo się postaramy potrafimy sami sobie wmówić, że tak bardzo potrzebuję trzeciego balsamu do ciała, a do tego jego niska cena wcale nas nie zniechęca do zakupu. Ale co z tego skoro wszystkie trzy nie spełniają swojej roli, znikome ślady nawilżenia, długa wchłanialność i szybko ulatujący zapach. W efekcie pewnie pójdę po czwarty i to jakiś droższy, więc  z oszczędności nici i pojawia się problem co zrobić  z pozostałą trójką.

Wdrażam ostatnio pewną metodę zasłyszaną gdzieś na YT, w której zapisuje na liście "Chcę to mieć" produkty, nad których zakupem zastanawiam się i później weryfikuję tą listę.
Jasne jest, że istnieje również lista produktów, które są nam niezbędne, jak np. jedzenie, picie czy podstawowe środku czystości. Myślę, że ważne jest jednak, aby zachować umiar w kupowaniu również tych podstawowych rzeczy, bo np. po co nam dziesięć kubeczków jogurtu, skoro ich nie zjemy, przeterminują się i je wyrzucimy.

Czy dzięki temu, że kupie sobie coś poczuję się lepiej?

Od kiedy pamiętam słyszę :"Idę na zakupy, bo mam doła". Czy tak jest naprawdę? Nowa zakupiona rzecz, która w gruncie rzeczy nie jest mi zbytnio potrzebna, da mi lepsze samopoczucie? 
W moim przypadku zazwyczaj jest tak, że tego typu zakupy kończą się irytacją i złością na samą siebie po powrocie ze sklepu. Najzabawniejsze jest to, że kupuję bez zastanowienia, a później okazuje się, że jest za duże/małe albo w ogóle mi się nie podoba i nie będę tego nosić czy używać. 
Od paru miesięcy szukam innego polepszacza humoru i powiem Wam, że idzie mi coraz lepiej. Czasem jest to zabawny filmik na YT, a czasem kilka stron książki, którą czytam.

Relaks w centrum handlowym?

Do dziś pamiętam, że gdy mieszkaliśmy z mężem w Polsce, często spędzaliśmy niedziele w galeriach handlowych. Poniekąd tylko wtedy mieliśmy tak naprawdę na to czas. Jednak teraz, gdy mieszkam w Niemczech i tu z zasady w niedziele wszystkie sklepy oprócz piekarni w niedziele są zamknięte, wiem, że czas zawsze znajdzie się na tygodniu. 
I tak czas spędzony w łażeniu od sklepu do sklepu powodował kłótnie o zmarnowany dzień wolny, który przecież można spędzić inaczej, na spacerze z rodziną, czy wylegiwaniu się nad brzegiem jeziora. 
Kiedyś naprawdę myślałam, że to może być forma odpoczynku, ale w miarę zmiany mojego podejścia do spraw materialny, większej świadomości dotyczącej minimalizmu materialnego moje zdanie uległo znacznej zmianie. 
Teraz zdecydowanie bardziej odpowiada mi spędzanie czasu z rodziną, książką, czy nawet samą sobą :-).

Sklepy-jaskinie zła?

Może to głupie, ale czasami napada mnie uczucie strachu przed zakupami. W maju postanowiłam w pełni kontrolować wydatki i robić zakupy "z głową". Co za tym idzie robię cotygodniową listę obiadów, a później listę zakupów. 
Powiem Wam szczerze, że już nie umiem inaczej. Dwa tygodnie temu nie zrobiłam moich cudownych list, w moich zakupach zapanował chaos. Chodziłam na zakupy prawie codziennie, kupowałam coś co do dziś leży mi  w lodówce i właśnie wtedy poczułam, że boję się sklepów!! Wchodząc do marketu,w  moim przypadku jest to najczęściej Lidl, wpadam w panikę, nie pamiętam bo co przyszłam, momentalni mój mózg przestaje pracować. Te wszystkie reklamy i rozmieszczenie produktów w sklepie jest tak przemyślane, żebyśmy tylko jak najwięcej wrzucili do koszyka. 
W tworzeniu listy zakupów doszłam do tego, że już w domu piszę sobie to czego potrzebuje w kolejności według ustawienia półek w sklepie. Dzięki temu minimalizuje zakupy niepotrzebnych słodyczy, pierdółek do domu, czy milionowej zabawki dla Julii.


A jak u Was wygląda sprawa z zakupami? Jak spędzacie niedzielne popołudnia? Jestem ciekawa, czy też robicie listy zakupów? 

3 komentarze:

  1. Wiele razy podejmowałam próby ograniczenia wydatków podczas zakupów... Niestety z marnym skutkiem. Listy robię za każdym razem i staram się nie chodzić głodna do sklepu, ale i tak często gęsto zdarza się, że w koszyku lądują ponadprogramowe rzeczy :/ Ostatnio coraz częściej zadaję sobie pytanie 'na pewno mam to kupować? Potrzebne mi to?' i w s umie powoli, powoli daje to efekty :) Zobaczymy jak będzie z czasem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, że początki są zawsze trudne, ja sama też miałam z tym problem, ale im dalej w las tym jest lepiej. Będziesz z siebie dumna za parę miesięcy jestem o tym przekonana. :)

      Usuń